FOOD REVOLUTION DAY 2016
Mistrzostwo świata.
dlaczego?
Bo pierwszy raz Food Lab Studio pękało w szwach,
bo dzieciaki i jedzenie były wszędzie,
bo pozytywna energia i super atmosfera rozlewała się na cały Mokotów, albo i dalej,
bo kurczę fajnie widzieć jak tworzy się historia. I to nie byle jaka!
Generalnie ciężko mnie zaskoczyć, ale ekipie FLS się udało!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Food Lab Studio. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Food Lab Studio. Pokaż wszystkie posty
O międzynarodowym dniu rewolucji jedzonka
I to nie byle jakiego jedzonka
prawdziwego,
świeżego,
pysznego.
Food Revolution Day, to dzień promowania dobrego jedzonka i samodzielnego przygotowywania go - jak to określa podobno sam Jamie Olivier - jest to umiejętność ratująca życie.
całkowicie się z tym zgadzam.
pyszne jedzenie jest dobre na wszystko,
a taki dzień, to dodatkowa okazja, żebym mogła zjeść jeszcze więcej pyszek!
Szkoła na Widelcu - fundacja Grzegorza Łapanowskiego dba o to, aby dzieciaki jadły lepiej. Przeprowadzili mnóstwo turbo warsztatów, pokazując, że kilkuletnie dzieci nie są kalekami i umieją trzymać nóż w łapce, kroić marchewkę i zrobić z niej surówkę, sałatkę czy inne cudo. Organizują spotkania dla rodziców, pokazując im, że dzieci chcą jeść zdrowo- wystarczy dać im szanse na próbowanie i zabawę. Docierają do źródeł - do nauczycieli i kucharek ze szkolnych stołówek. Nie zatrzymują się, robią dobrą robotę i wychodzi im to zajebiście!
Popieram akcję bardzo.
20 maja 2015 roku - robiłam fotki w Food Lab Studio, gdzie pod okiem samego mentora - Grzegorza - dzieciaki uczyły się o witaminach, poznawały owocki i warzywa i przygotowywały pyszne jedzonko, bo nauka może być super!
już niebawem
FOOD REVOLUTION DAY
20 MAJA 2016
będzie się działo
i ja będę działać
z aparatem!
prawdziwego,
świeżego,
pysznego.
Food Revolution Day, to dzień promowania dobrego jedzonka i samodzielnego przygotowywania go - jak to określa podobno sam Jamie Olivier - jest to umiejętność ratująca życie.
całkowicie się z tym zgadzam.
pyszne jedzenie jest dobre na wszystko,
a taki dzień, to dodatkowa okazja, żebym mogła zjeść jeszcze więcej pyszek!
Szkoła na Widelcu - fundacja Grzegorza Łapanowskiego dba o to, aby dzieciaki jadły lepiej. Przeprowadzili mnóstwo turbo warsztatów, pokazując, że kilkuletnie dzieci nie są kalekami i umieją trzymać nóż w łapce, kroić marchewkę i zrobić z niej surówkę, sałatkę czy inne cudo. Organizują spotkania dla rodziców, pokazując im, że dzieci chcą jeść zdrowo- wystarczy dać im szanse na próbowanie i zabawę. Docierają do źródeł - do nauczycieli i kucharek ze szkolnych stołówek. Nie zatrzymują się, robią dobrą robotę i wychodzi im to zajebiście!
Popieram akcję bardzo.
20 maja 2015 roku - robiłam fotki w Food Lab Studio, gdzie pod okiem samego mentora - Grzegorza - dzieciaki uczyły się o witaminach, poznawały owocki i warzywa i przygotowywały pyszne jedzonko, bo nauka może być super!
już niebawem
FOOD REVOLUTION DAY
20 MAJA 2016
będzie się działo
i ja będę działać
z aparatem!
Etykiety:
David Gaboriaud,
Food Lab Studio,
Food Revolution Day,
Grzegorz Łapanowski,
Jamie Olivier,
Janek Paszkowski,
karola w pixelach,
Mamałyga,
Minta Eats,
Qmam Kasze,
Szkoła na Widelcu,
White Plate
O alergii i miłości..
nie do Majkiego
do ryb.
Uczulona jestem odkąd wyszłam z brzucha mamy. Załóżmy, że był to brzuch, lub bocian. Ewentualnie kapusta. Mniejsza o to. Uczulenie na ryby - dokładnie białko ryb, ale i jaja kurze stwierdzili jakże zdolni lekarze - to im się udało. Jednak mam tego pecha, że ryby uwielbiam. Mój tata jest turbo wędkarzem i każdego lata przywozi mamie znad Wkry dużo pływających w wiaderku zwierzątek. Leszczy, płotek, szczupaków i innych - ale nie pamiętam jak się nazywają. Wtedy mama bierze je pod opiekę, ucina im łebki, pozbawia łusek - i wtedy już nie błyszczą jak syrenki, tylko są mięskiem dla ludzi do jedzenia. Wędzone, smażone, zupy, kotlety. Wszystko - czego ja nie mogę. Ale w sumie czasem jem. Bo podobno zakazany owoc smakuje najlepiej - tyle, że ryba to nie owoc. Nie ważne.
W związku z rybami, miałam przyjemność uczestniczyć w Kampanii WWF na rzecz ochrony różnorodności biologicznej mórz i oceanów. Kilka moich marnych fotek trafiło nawet do książki wydanej przez WWF ze współpracą z Grzegorzem Łapanowskim. Bardziej jednak przyczyniłam się do relacjonowania przebiegu rozpoczęcia i zakończenia tej kampanii.
Szczerze? Akcja na maxa potrzebna.
Dlaczego? Bo nie chciałabym kiedyś pokazywać swoim dzieciom rybek w zoo i mówić - tak, (tu imię mojej dzidzi) kiedyś mamusia i cały świat jadł tą rybkę na obiad i wyjedliśmy je wszystkie, więc teraz już ich nie ma. To byłoby conajmniej słabe. Nie jestem obrońcą zwierząt, ale wiem, jak funkcjonuje nasz świat i na jakich zasadach kupujemy jedzenie w dzisiejszych czasach. Jest reklama - jest promocja, a jak jest promocja, to znaczy, że musimy to kupić, bo zaraz promocja się skończy i będzie drożej. Idąc takim tropem kupujemy wszystko - w tym ryby. Nikt wtedy nie zastanawia się nad tym, jaka to ryba i skąd pochodzi. Ważne, że jest jej dużo, jest tania i jest zdrowa - bo tak powiedzieli w telewizji. No to kupujemy i wyżeramy rodziny rybek. A potem idziemy z dziećmi do zoo i pokazujemy im rybki w dużych akwariach. A wystarczyłoby przeczytać poradnik WWF - a raczej go obejrzeć, bo został stworzony w możliwie najłatwiejszy do zrozumienia sposób - czyli w sam raz dla mnie.Kolorowy, bez zbędnych słów do czytania, prosty. Nikt nie każe nam rezygnować z jedzenia ryb. Ryby są fajne i smaczne - i nie ograniczają się do mulastego karpia na wigilijnym stole - którego osobiście pomimo wszystko bardzo lubię. Wystarczy kupować z głową, a nie z gazetką promocyjną w ręku.
o fotorelacjach - tej rok temu i tej tydzień temu, nie ma co za wiele pisać. Dużo fajnych osób, wiele rozmów, wniosków i mądrych słów, których naprawdę miło się słuchało. Było też oczywiście dużo rybek, dużo jedzenia, potem dużo uczulenia. Marny mój żywot, co poradzę.



do ryb.
Uczulona jestem odkąd wyszłam z brzucha mamy. Załóżmy, że był to brzuch, lub bocian. Ewentualnie kapusta. Mniejsza o to. Uczulenie na ryby - dokładnie białko ryb, ale i jaja kurze stwierdzili jakże zdolni lekarze - to im się udało. Jednak mam tego pecha, że ryby uwielbiam. Mój tata jest turbo wędkarzem i każdego lata przywozi mamie znad Wkry dużo pływających w wiaderku zwierzątek. Leszczy, płotek, szczupaków i innych - ale nie pamiętam jak się nazywają. Wtedy mama bierze je pod opiekę, ucina im łebki, pozbawia łusek - i wtedy już nie błyszczą jak syrenki, tylko są mięskiem dla ludzi do jedzenia. Wędzone, smażone, zupy, kotlety. Wszystko - czego ja nie mogę. Ale w sumie czasem jem. Bo podobno zakazany owoc smakuje najlepiej - tyle, że ryba to nie owoc. Nie ważne.
W związku z rybami, miałam przyjemność uczestniczyć w Kampanii WWF na rzecz ochrony różnorodności biologicznej mórz i oceanów. Kilka moich marnych fotek trafiło nawet do książki wydanej przez WWF ze współpracą z Grzegorzem Łapanowskim. Bardziej jednak przyczyniłam się do relacjonowania przebiegu rozpoczęcia i zakończenia tej kampanii.
Szczerze? Akcja na maxa potrzebna.
Dlaczego? Bo nie chciałabym kiedyś pokazywać swoim dzieciom rybek w zoo i mówić - tak, (tu imię mojej dzidzi) kiedyś mamusia i cały świat jadł tą rybkę na obiad i wyjedliśmy je wszystkie, więc teraz już ich nie ma. To byłoby conajmniej słabe. Nie jestem obrońcą zwierząt, ale wiem, jak funkcjonuje nasz świat i na jakich zasadach kupujemy jedzenie w dzisiejszych czasach. Jest reklama - jest promocja, a jak jest promocja, to znaczy, że musimy to kupić, bo zaraz promocja się skończy i będzie drożej. Idąc takim tropem kupujemy wszystko - w tym ryby. Nikt wtedy nie zastanawia się nad tym, jaka to ryba i skąd pochodzi. Ważne, że jest jej dużo, jest tania i jest zdrowa - bo tak powiedzieli w telewizji. No to kupujemy i wyżeramy rodziny rybek. A potem idziemy z dziećmi do zoo i pokazujemy im rybki w dużych akwariach. A wystarczyłoby przeczytać poradnik WWF - a raczej go obejrzeć, bo został stworzony w możliwie najłatwiejszy do zrozumienia sposób - czyli w sam raz dla mnie.Kolorowy, bez zbędnych słów do czytania, prosty. Nikt nie każe nam rezygnować z jedzenia ryb. Ryby są fajne i smaczne - i nie ograniczają się do mulastego karpia na wigilijnym stole - którego osobiście pomimo wszystko bardzo lubię. Wystarczy kupować z głową, a nie z gazetką promocyjną w ręku.
o fotorelacjach - tej rok temu i tej tydzień temu, nie ma co za wiele pisać. Dużo fajnych osób, wiele rozmów, wniosków i mądrych słów, których naprawdę miło się słuchało. Było też oczywiście dużo rybek, dużo jedzenia, potem dużo uczulenia. Marny mój żywot, co poradzę.
![]() |
| tak było rok temu |
Etykiety:
Adrianna Jaworska,
Food Lab Studio,
fotografia,
Grzegorz Łapanowski,
karola,
pixele,
ryby wybrane,
Sebastian Gołębiewski,
warsztaty kulinarne,
wwf
Karola - kobieta pracująca
Uczę się i pracuję.
Nie, nie jestem wieczną studentką. Uczę się w rzekomo najlepszym warszawskim technikum gastronomicznym - w sumie nie powinnam pisać, że się uczę, bo bym skłamała. Ale szkoła to jedno. Tam nie płacą mi za poświęcanie mojego cennego czasu - a szkoda.
Praca. Pewnie myślicie, że stoję dumnie przy metrze i wciskam ludziom skrawki papieru zwane ulotkami. Niestety jeszcze nie dostąpiłam tego zaszczytu. Kelnerką też nie jestem, a szkoda - bo jestem otwartą osobą i uważam nawet, że jestem w stanie dogadać się z każdym - chyba, że druga strona ma problemy emocjonalne i zwyczajnie nie chce - a bywa i tak. Nie wiem jakie prace można jeszcze podjąć w moim wieku, ale mnie wszystkie nudne, żmudne i ciężkie ominęły szerokim łukiem. Podobno głupi ma zawsze szczęście - nie zaprzeczam, jednak nie jest mi przykro z tego powodu.
gastro
najczęściej to praca na warsztatach kulinarnych - gdzie ludki za niemałe pieniądze mogą zobaczyć jak gotują profesjonaliści - wtedy najczęściej uświadamiają sobie, że gastro, to coś więcej niż wyczarowanie rosołu z wczorajszej pomidorowej na niedzielny obiad i żarcie rodem z barów mlecznych - tych z łyżkami na łańcuchu. Co więcej mogą tam gotować, brudzić - siebie i gary, eksperymentować, uczyć i co najlepsze - jeść. Ale ja - jako ludek pracownik, też jem - dlatego kocham gastro. Najpierw przygotowuję, potem pomagam ludkom i prowadzącym, na koniec zmywam - to rzecz jasna moja ulubiona część pracy. Aktualnie jednak uczę się - pracując w jednej z warszawskich restauracji w ramach miesięcznych praktyk szkolnych- zero szkoły, zero nauczycieli, zero prac domowych i sprawdzianów. Jedzenie, jedzenie, jedzenie i ewentualnie jedzenie. Doceniam, kocham, szanuję - jestem zauroczona tym zawodem z każdym dniem coraz bardziej i myślę, że wrócę jeszcze kiedyś do tego miejsca.
zdjęcia
bywa też tak. Fotorelacje z eventów, warsztatów, imprez, spotkań, sesje foodowe. Zdecydowanie lżejsza praca, niż ta wyżej. W sumie wiadomo o co chodzi. Fotorelacje mają pokazywać radość z gotowania, uśmiechy ludzi, piękno produktów, z których korzystają i proces wspólnego tworzenia pysznej szamy. Sesje foodowe to ukazanie jedzenia w taki sposób, że gdy na nie patrzysz - ślina ci cieknie, oczy ci się świecą, ty czujesz zapach tej szamy, jakby właśnie ktoś podstawił ci ją pod nos, a twoje soki trawienne zaczynają pracować . Ale do tego stanu chyba jeszcze nie doprowadzam odbiorców moich zdjęć
jeszcze.
6 kwietnia - byłam sobie fotografem
David Gaboriaud prowadził, kucharze gotowali z ludkami, ja robiłam zdjęcia, no i jadłam rzecz jasna
nie śmiem narzekać
Nie, nie jestem wieczną studentką. Uczę się w rzekomo najlepszym warszawskim technikum gastronomicznym - w sumie nie powinnam pisać, że się uczę, bo bym skłamała. Ale szkoła to jedno. Tam nie płacą mi za poświęcanie mojego cennego czasu - a szkoda.
Praca. Pewnie myślicie, że stoję dumnie przy metrze i wciskam ludziom skrawki papieru zwane ulotkami. Niestety jeszcze nie dostąpiłam tego zaszczytu. Kelnerką też nie jestem, a szkoda - bo jestem otwartą osobą i uważam nawet, że jestem w stanie dogadać się z każdym - chyba, że druga strona ma problemy emocjonalne i zwyczajnie nie chce - a bywa i tak. Nie wiem jakie prace można jeszcze podjąć w moim wieku, ale mnie wszystkie nudne, żmudne i ciężkie ominęły szerokim łukiem. Podobno głupi ma zawsze szczęście - nie zaprzeczam, jednak nie jest mi przykro z tego powodu.
gastro
najczęściej to praca na warsztatach kulinarnych - gdzie ludki za niemałe pieniądze mogą zobaczyć jak gotują profesjonaliści - wtedy najczęściej uświadamiają sobie, że gastro, to coś więcej niż wyczarowanie rosołu z wczorajszej pomidorowej na niedzielny obiad i żarcie rodem z barów mlecznych - tych z łyżkami na łańcuchu. Co więcej mogą tam gotować, brudzić - siebie i gary, eksperymentować, uczyć i co najlepsze - jeść. Ale ja - jako ludek pracownik, też jem - dlatego kocham gastro. Najpierw przygotowuję, potem pomagam ludkom i prowadzącym, na koniec zmywam - to rzecz jasna moja ulubiona część pracy. Aktualnie jednak uczę się - pracując w jednej z warszawskich restauracji w ramach miesięcznych praktyk szkolnych- zero szkoły, zero nauczycieli, zero prac domowych i sprawdzianów. Jedzenie, jedzenie, jedzenie i ewentualnie jedzenie. Doceniam, kocham, szanuję - jestem zauroczona tym zawodem z każdym dniem coraz bardziej i myślę, że wrócę jeszcze kiedyś do tego miejsca.
zdjęcia
bywa też tak. Fotorelacje z eventów, warsztatów, imprez, spotkań, sesje foodowe. Zdecydowanie lżejsza praca, niż ta wyżej. W sumie wiadomo o co chodzi. Fotorelacje mają pokazywać radość z gotowania, uśmiechy ludzi, piękno produktów, z których korzystają i proces wspólnego tworzenia pysznej szamy. Sesje foodowe to ukazanie jedzenia w taki sposób, że gdy na nie patrzysz - ślina ci cieknie, oczy ci się świecą, ty czujesz zapach tej szamy, jakby właśnie ktoś podstawił ci ją pod nos, a twoje soki trawienne zaczynają pracować . Ale do tego stanu chyba jeszcze nie doprowadzam odbiorców moich zdjęć
jeszcze.
6 kwietnia - byłam sobie fotografem
David Gaboriaud prowadził, kucharze gotowali z ludkami, ja robiłam zdjęcia, no i jadłam rzecz jasna
nie śmiem narzekać
| David Gaboriaud |
| David vol. 2 |
| brokułki takie piękne |
| marakuja taka fotogeniczna |
| pyszka, ale nie pamiętam co to było |
| pyszka vol.3 ale trochę już zjedzona |
| pyszka vol. 2 |
| coś, co Karola lubi najbardziej |
![]() |
| i na koniec śmietanka - Michał, Majki, Jakub, Jerzy i Sebastian- dzięki nim, nikt się nie zaciął, nic nie spalił, nie zepsuł i nie umarł z wygłodzenia |
Subskrybuj:
Posty (Atom)

